wspomnienia

Olgierd Chmielewski

Zacząć myśleć o obrazach

Ucieszyłem się, gdy zrozumiałem, że spotkałem człowieka, który wierzy, iż dobra sztuka może wiele powiedzieć o naturze świata i że w wyrażaniu, opisywaniu tej natury nie możemy się bez niej obejść, bazować tylko na tym, co mówi nauka. I bardzo mnie to ujęło – to jego uważne patrzenie w głąb obrazów i powroty do ulubionych dzieł, aby dojrzeć w nich dalsze plany, wymiary.

Liczne międzynarodowe podróże dawały mu taką możliwość, mógł często odwiedzać ulubionych mistrzów pędzla czy dłuta. I traktował to bardzo poważnie. Odczuwał autentyczną radość z obcowania z dziełem sztuki. Jerzy Nowosielski mówił, że trzeba powrócić do wrażliwości dziecka, a profesor taką posiadał.

Nasze spotkania dotyczące opracowania graficznego kolejnych książek w gruncie rzeczy były bardzo ciekawymi rozmowami o sztuce, często wybiegającymi daleko poza ramy danego projektu. Dlatego zawsze bardzo cieszyłem się na wieść o kolejnej książce profesora. To były dla mnie całkiem wyjątkowe prace, mogłem na moment zapomnieć o tym, że mam zadanie wykonania „opakowania produktu” i zacząć myśleć o obrazach.

Byłem zadziwiony jego znajomością sztuki, mitologii, filozofii, swobodą, z jaką przekraczał granice tych obszarów, zastanawiałem się w jaki sposób i kiedy zdobył taką wiedzę? Jak to było możliwe przy tak wielkim zaangażowaniu w świat medycyny? I rodziła się we mnie refleksja, że taką umiejętność posiadali wielcy renesansu, starożytności – tacy mistrzowie, których dziś trudno znaleźć. W tym wymiarze profesor był dla mnie mistrzem, nauczycielem. Umiejętność wyciągania esencji i tworzenia syntezy różnych dziedzin ludzkiej twórczości i wiedzy zauroczyła mnie zupełnie.

Jan Ciećkiewicz

O Andrzeju

W tym samym roku dostaliśmy się na medycynę. Ja miałem lat 17, Andrzej 16. Rozumieją Państwo, że odczuwaliśmy gwałtowną potrzebę akcentowania naszej dorosłości, co przekładało się na udział w szeroko rozumianym życiu studenckim. Ale Andrzej, świetny kompan, szybko zaczął być znany z tego, że w pewnych momentach potrafił się wyłączać z bujnego życia towarzyskiego i zaczynał się uczyć.

Drugą jego cechą było nadzwyczaj poważne traktowanie wszystkiego, do czego się zabrał. Nawet jeśli była to konieczność tłumaczenia staruszkom z domu opieki gdzieś w powiecie proszowickim, dlaczego powinni podpisać Wiedeński Apel dotyczący zakazu prób z bronią termojądrową, czy też walka z karaluchami dokuczającymi chorym w szpitalu, którą z pełną determinacją prowadził podczas nocnego dyżuru. […]

Nasze dyskusje bywały tak zapamiętałe, że kiedyś w Tatrach, rozważając problem, na ile osobiste poczucie odpowiedzialności, takie Conradowskie, jest ważne w pracy lekarza i jakie są tej odpowiedzialności granice, nagle zorientowaliśmy się, że jesteśmy w środku kierdela pasących się spokojnie kozic. One widocznie widziały, że nie nimi jesteśmy zajęci.

Innym tematem prowadzonych rozmów był problem, jak przelać swoją myśl na papier, żeby się nią podzielić z kimś, kto nas nie zna. Co lepiej jest napisane – „Tortilla Flat” czy „Stary człowiek i morze”, albo czy Hipokrates nie mógł wyrazić się jaśniej? […]

Kiedy patrzę wstecz na nasze życie, widzę, że mój przyjaciel od zawsze stawiał przed sobą trudne i coraz trudniejsze wyzwania. Czasem przegrywał i te porażki przeżywał bardzo. Kiedy na czwartym roku nie zdał egzaminu z farmakologii, bo akurat był pytany z tej części materiału, którą, ucząc się, uznał za mało istotną, chciał w pierwszym odruchu rzucić studia i iść do kopalni. […]

Do pasji doprowadzał go mur niezrozumienia urzędników. Ale w sumie zrealizował szereg pomysłów na pozór nie do zrealizowania, wydawałoby się beznadziejnych, jak przyłączenie wydziałów medycznych do Uniwersytetu Jagiellońskiego, kiedy Andrzej odłożył na bok swoje osobiste ambicje, czy wspaniały rozwój słabo zaopatrzonej kliniki na Skawińskiej. Mało kto, tak precyzyjnie jak on, potrafił też opisać radość lekarza wygrywającego ze śmiercią. Był dumny ze swoich osiągnięć, ale cieszyły go także sukcesy naukowe przyjaciół i młodszych kolegów, na których postawił i którymi kierował. Z taką życzliwą radością patrzył na rozwój „Medycyny Praktycznej” i był zadowolony z sukcesu „małego i dużego Szczeklika”, jak potocznie nazywa się popularne podręczniki chorób wewnętrznych pod jego redakcją. […]

Anna Dymna

portret Dymna 300x300 wspomnieniaKilka dymnych słów

To dziwne, ale nie pamiętam tej chwili, kiedy go poznałam. Myślę, że zanim poznałam Profesora osobiście, już był mi bliski. Znałam jego przyjaciół, jego „Katharsis”. I kiedyś wreszcie zaprosił mnie do swojej kliniki przed Bożym Narodzeniem, żebym przeczytała pacjentom wiersze. Koledzy śpiewali, profesor grał na fortepianie. Było tak domowo i ciepło. I wydawało mi się, że znamy się od zawsze.

Był inny. Spokojny, życzliwy, uśmiechnięty, łagodny. To zaskakujące w naszym głośnym, pędzącym, agresywnym świecie. Rozmawialiśmy przecież zawsze o bardzo trudnych rzeczach. O chorobach, cierpieniu, śmierci. Profesor pomagał mi czasem, gdy szukałam rozmówców do mojego programu „Spotkajmy się”. Służył mi radą i swoją wiedzą. Byłam zdumiona, gdy pewnego razu poprosił mnie, bym pojechała z nim do Gdańska i poprowadziła z nim konferencję na temat „Co lekarz powinien wiedzieć o pacjencie”. Cóż ja mam do powiedzenia przy tak wybitnym lekarzu, humaniście? – pomyślałam. Wtedy Profesor przyznał, że ogląda moje rozmowy w TVP2 i choć może więcej wie o przyczynach czy leczeniu chorób, wydaje mu się, że ja wiem więcej o tym, jak choroba boli, czego tak naprawdę potrzebuje i co czuje pacjent. Ależ byłam szczęśliwa i zawstydzona, i dumna zarazem…

Po rozmowie z nim zawsze się uspokajałam. Nabierałam odwagi. Często publicznie, w różnych debatach czy programach go cytowałam. Jego książki są dla mnie swoistym katechizmem. Najczęściej odwołuję się do „Kore”. Tę książkę znam prawie na pamięć! Mój egzemplarz jest cały pokreślony, pozaznaczany, wymiętolony.

Jego sposób komunikowania się z drugim człowiekiem był niezwykły. Mimo że był wielkim profesorem, wybitnym człowiekiem, zawsze się przy nim dobrze czułam. Nie stwarzał żadnego dystansu. Nie czułam się nigdy przy nim jak ktoś, kto nic nie wie. Nie sztywniałam, wiedziałam, co powiedzieć, rozmowa sama płynęła. Niewielu jest takich ludzi, przy których się człowiek dobrze czuje – czy się milczy, czy mówi. Znałam w życiu tylko taką jedną osobę… moją Mamę.

Najważniejszy jest zwyczajny, życzliwy kontakt z drugim człowiekiem. Umiejętność słuchania i mówienia. Z tym jest najciężej, skarżył się Andrzej. Pacjent często boi się lekarza, nikt sobie już nie ufa, ubolewał. Powtarzał, że z człowiekiem trzeba się zaprzyjaźniać, wczuwać się w jego sytuację, dawkować informacje, absolutnie nie wolno go straszyć. Po prostu trzeba z nim być. Nawet jak już brakuje słów i nadziei. Zawsze mi powtarzał, że kiedy już nie ma ratunku, zawsze zostaje jeszcze ten drugi człowiek, który potrzyma za rękę, popatrzy w oczy i powie… jestem z tobą, nie bój się, nie jesteś sam. Niestety Andrzej już nikomu tego nie powie, patrząc w oczy. Na szczęście zostały jego dobre, mądre słowa, jego uczniowie, jego klinika i konkurs literacki dla lekarzy „Przychodzi wena do lekarza” imienia Profesora Andrzeja Szczeklika.

Piotr Gajewski

portret Gajewski 300x300 wspomnieniaOdejście

Kiedy w przeddzień Jego śmierci, późnym czwartkowym popołudniem snuliśmy z Profesorem plany obcojęzycznych wydań naszego podręcznika, miałem wrażenie, jakbym rozmawiał z Nim w Jego gabinecie, a nie na sali szpitalnej w otoczeniu skomplikowanej aparatury monitorującej czynność Jego serca. Był pogodny, uśmiechnięty. W pewnej chwili zwierzył się: „Czuję, jak moje serce jest niespokojne, jak jest wytrącane z rytmu przez dodatkowe skurcze. Ale dziś jest już lepiej niż wczoraj. Musi tylko trochę odpocząć”. Gdy wyszedłem z oddziału, odetchnąłem z ulgą i pomyślałem: trochę to potrwa, ale będzie dobrze. Nie było… Całe swoje lekarskie życie Profesor wsłuchiwał się w rytm cudzych serc, by przyjść im na ratunek. W piątek rano Jego własnego serca nie udało się uratować.

„W chorobach serca śmierć często przychodzi nagle. (…) Przez zaskoczenie i szybkość budzi zdumienie i lęk wśród tych, którzy pozostają. Uświadamia im własną bezradność wobec ślepego i niezrozumiałego losu”.

Minęły trzy dni. Trudno zebrać myśli, a już czas oddać do druku lutowy numer „Medycyny Praktycznej”. Mają się w nim znaleźć ogłoszenia o zbliżającym się XXXVII Zjeździe Towarzystwa Internistów Polskich (Profesor miał objąć funkcję Prezesa), o V Sympozjum „Dylematy etyczne w praktyce lekarskiej” (Profesor miał je prowadzić) i wreszcie o Gali I edycji Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego „Przychodzi wena do lekarza”. Profesor przewodniczył jury tego konkursu. Wspólnie z Anną Dymną miał poprowadzić galę i wręczyć nagrody laureatom. Już tego nie zrobi. Chciał żeby poprzez pisanie wierszy lub prozy rozwijała się w nas, lekarzach wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka – chorego. Budzeniu tej wrażliwości służy także cykl „Okiem pacjenta” na łamach „Medycyny Praktycznej”. We wprowadzeniu Profesora do tego cyklu czytamy:

„Są dwie strony: strona pacjenta i strona lekarza – napisał Czesław Miłosz. W cyklu, który zaczynamy, chcemy się znaleźć po stronie pacjenta, zobaczyć chorobę tak jak on lub jego bliscy ją widzą, zrozumieć jego świat. Ten świat, z którym stykamy się codziennie, a przecież nierzadko dzieli nas od niego gruba szyba, pozostaje nieprzenikniony. Takie wejrzenie potrafi wzbudzić i wzmocnić naszą wrażliwość, pozwoli zapomnieć, iż mielibyśmy być tymi, którzy choremu przynoszą tylko »zakontraktowaną usługę«. Słowem – w oku chorego zobaczymy też siebie.” […]

Trzeba teraz napisać na nowo scenariusz gali, którą – tak jak i sam konkurs – postanowiliśmy zadedykować Profesorowi. Dla Niego wystąpią zaprzyjaźnieni z nim artyści. Pytam Panią Annę SMS-em, kiedy będzie miała wolną chwilę, by porozmawiać o sprawach organizacyjnych. Otrzymuję wiadomość: „Panie Piotrze! W środę mogę się spotkać z Panem na małym obiadku. I jeśli Pan może, proszę sprawić, by nasz kochany doktor Andrzej wrócił i się nie wygłupiał, i też z nami pogadał, i coś przegryzł… ja płacę, z deserem i winem nawet! Niech tylko wpadnie choć na chwilkę, bo przecież już za nim tęsknię i już mi Go brak. Dawał mi poczucie bezpieczeństwa… i to nie w sprawach zdrowotnych, ale etyczno-moralno-ludzkich. Wiedziałam, że jest, i jakoś mi było lżej! U tego Boga w niebie to chyba kryzys jakiś jest… takich ludzi nam zabiera. A my co? Jakoś musimy dalej żyć!”

Jerzy Illg

portret Illg 300x300 wspomnieniaAndrzeju Kochany!

Jak wiesz, coraz więcej moich autorów swoje nowe książki wydaje w konkurencyjnej niebieskiej oficynie. Ksiądz Józef Tischner, Ryszard Kapuściński, Czesław Miłosz, Leszek Kołakowski, Wisława Szymborska. Wielu z nich – i tylu innym – przedłużyłeś o ładnych kilka lat życie. A teraz sam do nich dołączyłeś. Co Cię podkusiło? Czyżby tam oferowali wyższe zaliczki? Urządzali huczniejsze promocje? Piękniej wydawali książki?

Dobrze pamiętam, jak pierwszy raz – zapowiedziawszy się telefonicznie – odwiedziłeś mnie w Znaku, kładąc na stole niebieską teczkę z wydrukiem „Katharsis”. Zapamiętałem swoje onieśmielenie wizytą legendarnego profesora, Twoją nienaganną elegancję i zniewalający, skromny uśmiech. Podtytuł „O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki” wprawił w lekką konsternację część redakcji, działu handlowego i marketingu. Usłyszałem od kogoś: „Trudno, ty się u niego leczysz, prezes się u niego leczy, nie mamy wyjścia. Trzeba wypełnić ten serwitut i wydać półtora tysiąca egzemplarzy”. Przyznam szczerze, że mnie samemu nie śnił się jeszcze aż taki sukces „Katharsis” i „Kore” – wszystkim opadły szczęki, gdy najpierw jedna, a potem druga książka sprzedawały się rewelacyjnie i były stale dodrukowywane. Ich łączny nakład dobija dziś do 80 tysięcy egzemplarzy, „Katharsis” została nagrodzona przez Bibliotekę Raczyńskich (to wtedy w Poznaniu wypiliśmy bruderszaft), „Kore” była nominowana do Nagrody Nike, obie książki miały fantastyczne recenzje, kupowano je jako idealny prezent dla lekarzy, a wielu z nich w czasie spotkań autorskich – sam słyszałem – dziękowało Ci za to, że przywróciłeś godność ich profesji. […]

Namówiłem Cię – po pokonaniu wielkich oporów przed mówieniem o sobie – na nagrywanie rozmowy‑rzeki. Chciałem zrozumieć – ja i Twoi czytelnicy na pewno też – skąd bierze się ktoś tak niezwykły. Co? Kto? Jacy nauczyciele? Doświadczenia? Książki? – uformowały kogoś tak niepowtarzalnego? Jacy poeci, kompozytorzy, malarze, mistrzowie sprawili, że mieszkało w Tobie tyle osobowości, że porażałeś erudycją i wiedzą – znajdując jednocześnie czas na jazdę na nartach i wyprawy w góry, przewodniczenie międzynarodowym kongresom i pozyskiwanie grantów na badania naukowe, odwiedzanie bladym świtem i późnym wieczorem najciężej chorych. Nasza rozmowa ruszyła wartkim strumieniem. O łowieniu z chłopakami gołą ręką ryb w rzece w rodzinnym Pilźnie. O laboratorium w Sheffield, nieopodal „wichrowych wzgórz”, w którym z Johnem Martinem prowokowaliście zawały u biednych szczurów, żeby zobaczyć, jak można je uratować. O nocnych dyżurach na oddziale „Emergency” nowojorskiego szpitala, gdzie po raz pierwszy zszywałeś odcięte ucho pokiereszowanego czarnego narkomana. O studenckim zarobkowaniu: granitowych słupkach granicznych wynoszonych w plecaku na szczyty Tatr z góralami, którzy urządzali Ci chrzest bojowy spirytusem. O Twoich ukochanych Arturo Benedetti Michelangelim i Marcie Argerich… Wszyscy, którzy Cię kochali i podziwiali, powinni te opowieści poznać. Mimo że wiem, iż choćby były nie wiem jak fascynujące, barwne i bogate – i tak nie odsłonią Twojej Tajemnicy.

Ewa Lipska

portret Lipska 300x300 wspomnieniaNa ból myśli  – Szczeklik

Był człowiekiem dygresji. Zaczynało się od opisu dolegliwości, z którą przychodziłam do Andrzeja, a kończyło się na przykład na rozmowach o nagraniach Bacha w wykonaniu Loussiera. Kiedyś mnie zapytał: „Co się stało z histerią? Właśnie piszę o tym esej…” Odpowiedziałam, że przeniosła się do gabinetów psychoterapeutycznych.

Nasze rozmowy podsumowywałam często cytatem z Carlosa Fuentesa: „A jednak nadal pozostajemy dokładnie tym, czego nie rozumiemy”. Andrzej odpowiadał sceptycznym uśmiechem.

Kochał sztukę, był niezwykle czułym i wrażliwym czytelnikiem poezji. Miał znakomitą pamięć i potrafił bezbłędnie wyrecytować fragmenty wiersza. Pamiętam, spałam kiedyś w Kościelisku, w domu Marysi i Andrzeja, w pokoju – bibliotece. „Możesz sobie trochę poczytać przed snem” mówili Gospodarze. Nieśmiało zaglądałam do niektórych książek; pewne fragmenty zakreślone były delikatnie ołówkiem. Dyskretnie odkładałam książki na swoje miejsce, mając poczucie, że uczestniczę w czyjejś tajemnicy.

Działał jak środek uspokajający, mówiliśmy: „na ból serca – Szczeklik, na ból myśli – Szczeklik”. Gdy czasem wpadałam w nieuzasadnioną panikę, natychmiast mnie uspokajał. Był niezwykle czuły, uważny, słuchał z charakterystycznie lekko przechyloną głową. Uciszał emocje. Nie umiem tego nazwać, ale była w Nim jakaś tajemnicza „głębia ostrości”, którą odnajdywałam w Jego książkach.

Muzykę traktował jak „mowę aniołów”. W rozdziale „Muzyka jest w nas” pisał, że „przybywa (ona) z innego świata, odległej krainy… Bo muzyka jest w nas, zaczyna się życiem, pierwszym uderzeniem serca.”

Kiedy czas „rozstroił się”, jak fortepian, Jego serce przestało bić.

Bronisław Maj

Maj 300x300 wspomnienia

 

Apoteoza Profesora Szczeklika

Słowa: Bronisław Maj

Muzyka: Grzegorz Turnau

I

Ach, jak okropny jest los człowieczy!

Grozi nam co dzień – sto niebezpieczeństw.

Każde – okropne! Każde – przeraża!

Bo od powicia wciąż nam zagraża:

Migot komory,

Tumor, wapory,

Lues, neuroza,

Paradontoza,

Guzy i gazy,

Zmazy, urazy,

Elephantiasis,

W wątpiach – parazyt,

Skleroza naczyń,

Kaszel zwieraczy,

Womitowanie,

Śledziony granie,

Demencja, wrzody,

Uwiąd urody,

Udar od Viagry,

Atak podagry,

Ócz pląsawica,

Mózgu martwica,

Kamica!

Dusznica!

Miażdżyca!

Trąd!

 

II

I horda równie potwornych rzeczy

Dybie na biedny rodzaj człowieczy!

Kto nas od rzeczy tych ubezpieczy?!

Kto – zabezpieczy? Kto – nas wyleczy:

Z kamieni w nerkach

I Alzheimerka,

Z ospy i wrzodu,

Biegunki, wzwodu,

Z szału wątroby

Oraz choroby

„francuską” zwanej,

Kto – z ran szarpanych,

Z wargi do kolan,

Z torbieli, z wola,

Kto – zszyje bliznę,

Wskrzesi – słabiznę,

Z zeza, marskości

Z w-kościach-słabości

Kto – z idiotyzmu,

Z alkoholizmu,

Kto – wyrwie mleczny

Ząb, i wyleczy

Martwicę,

Próchnicę,

Nerwicę,

Świąd?!

 

Nie Hipokrates ni Paracelsus,

Nie doktor Kildare, nie doktor Jekyll –

Jeden nas tylko lekarz uleczy:

Profesor Szczeklik! Profesor Szczeklik!

On – z chorobami walczy zaciekle,

Bez niego – życie byłoby piekłem.

On – nas uzdrowi! On – nas uleczy:

Profesor Szczeklik! Profesor Szczeklik!

 

III

On – Dobry Doktór ciał, dusz i sumień;

Każdy w nas organ i nerw – rozumie,

Bulę lub w buli tej ból – usunie.

On – każdy zabieg wykonać umie:

Sekcja nadnercza,

Resekcja stercza,

Gips, trepanacja,

Końska kuracja,

E-Ka-Gie oka,

Punkcja, przetoka,

Elektrowstrząsy,

Budzenie z śpiączki,

Pijawki, odmę

I bicze wodne,

Kroplówka z „Czystej”

Wyrwanie cysty,

Zadać narkozę,

Przerwać psychozę,

Dać lewatywę,

Rwać zęby krzywe,

Gorączkę zmierzyć,

Przekłuć pęcherzyk.

Iniekcja!

Resekcja!

Bi-opsja!

Wlew!

Coda

Przy nim – bezpiecznie czuje się człowiek.

On – dar bezcenny daje nam: zdrowie.

Precz stąd przepędzi chorób złych bezlik –

Profesor Szczeklik! Profesor Szczeklik!

Jacek Spławiński

Jego zainteresowanie światem doprowadziło do połączenia nauki eksperymentatora‑specjalisty i wiedzy dyletanta‑filozofa. Andrzej był chyba ostatnim naukowcem tkwiącym korzeniami w XIX wieku, nienależącym do mądro‑głupich współczesnych uczonych (definicja Ortegi Y Gasseta) i starającym się swoją wiedzą przeniknąć dziedziny, w których jego koledzy należeli do ignorantów. Olbrzymia erudycja, w tym znajomość antyku, pozwoliła mu w esejach, szczególnie w „Katharsis”, połączyć specjalizację z najwyższej półki z pytaniami, które zadają wyłącznie filozofowie, a których uczeni XXI wieku nie potrafią zadać. Dzisiejsi naukowcy wyspecjalizowali się tak bardzo, że potrafią się porozumieć wyłącznie za pomocą impact factor, nie rozumiejąc sedna swoich prac. Nie wolno ich pytać o istotę duszy – nie zrozumieją pytania. Tymczasem Andrzej, napędzany swoją młodzieńczą wrażliwością, stawiał to pytanie i dawał impuls innym do poszukiwania odpowiedzi.

Adam Zagajewski

portret Zagajewski 300x300 wspomnieniaMoże, jak Napoleon, spał krótko

W latach 90. przyjechała do Paryża spora delegacja Uniwersytetu Jagiellońskiego, żeby wręczyć Jerzemu Giedroyciowi doktorat honoris causa. Uroczystość odbyła się w gmachu Biblioteki Polskiej na wyspie Św. Ludwika, zjawił się prawie cały polski Paryż. Na tym spotkaniu Andrzej podszedł do mnie ze swoim niezwykłym, przyjaznym uśmiechem i powiedział, że mnie czyta. Te słowa sprawiły mi wielką przyjemność – a ja byłem wtedy przecież „emigrantem”, nie miałem pojęcia, że wypowiedział je światły profesor. Później dowiedziałem się, że oprócz polskich tomików miał też moje wiersze w angielskim tłumaczeniu.

Gdy w 2002 roku wróciliśmy z żoną do Polski, wpadliśmy od razu na Straszewskiego w Krakowie do „Kliniki Szczeklika,” czyli na promocję jego pierwszej nienaukowej książki „Katharsis”; była to świetna zabawa. Śmiałem się bardzo. Pomyślałem, że jeżeli Kraków jest tak uroczy, to dobrze, że wróciliśmy. Później spotykaliśmy się przy różnych okazjach, po jakimś czasie przeszliśmy na ty. Napisałem wstęp do drugiej książki Andrzeja „Kore”. Bardzo mi się podobały jego eseje.

Podbił moje serce całkowicie. Podbił moje serce ten jego niezwykły uśmiech. Kiedy teraz o tym myślę: nieśmiały, przyjazny uśmiech człowieka potężnego. Był potężną figurą, w końcu był szefem kliniki. Każdy kto zachorował, marzył, aby się w niej znaleźć. Wiem jednak, że starał się pomagać nie tylko możnym tego świata.

Nie spotykaliśmy się często, ale zdarzało się, że widywaliśmy się na Sławkowskiej w księgarni Znaku, której był regularnym gościem. Zawsze byłem zdumiony rozległością jego erudycji i oczytania, i pewnie, jak wszyscy, zastanawiałem się, jak on na to wszystko znajduje czas. Na grę na fortepianie, na czytanie, które wymaga przecież sporo czasu, na pisanie, które zabiera go jeszcze więcej, na leczenie, na prowadzenie kliniki. Na pracę naukową, na podróże. Może, jak Napoleon, spał krótko…

O muzyce nie rozmawialiśmy wcale. Wiedziałem oczywiście, że miał pasję muzyczną, ale jakoś nie doszło do wymiany zdań na ten temat. Ja zresztą nie mam języka, aby mówić o muzyce w sposób nieco bardziej formalny. Dopiero po jego śmierci dowiedziałem się, że Andrzej całkiem poważnie studiował na Akademii Muzycznej i zrezygnował dopiero, gdy zrozumiał, że nie może połączyć medycyny i muzyki.

Było coś niezwykłego w jego twarzy, jeszcze zanim zaczęło się rozmowę, przyjazny apel, dyspozycyjność. Na ogół ludzie są zatopieni w sobie, zamknięci w swoich myślach, a on miał twarz człowieka otwartego. Czasami jak się go zaskoczyło na ulicy, to wiadomo, był pochłonięty swoimi myślami, ale gdy tylko widział znajomego, przyjaciela, natychmiast włączała się u niego ta aura otwartości, przyjaźni. Niewiele jest takich osób, osób promieniujących życzliwością.

Na razie z żoną raczej nie chorujemy, odpukać, ale gdy był Andrzej, czuliśmy się bezpiecznie. Gdy umarł, obok 20 innych powodów, z powodu których było nam bardzo smutno, był też i ten, że straciliśmy jakby opiekuna. Wiem, że wiele osób tak myślało. Czuliśmy się zaopiekowani, nawet jeżeli rzadko korzystaliśmy z jego pomocy. To było oczywiście z jednej strony interesowne myślenie, ale obok tego było coś bardzo bezinteresownego: uczucie radości, że Andrzej jest.